niedziela, 15 kwietnia 2018

SPRING STYLE | OVERKEE BOOTS

Bardzo łatwo jest delektować się cudownym pięknem wiosny, siedząc wygodnie na oświetlonym promieniami słońca tarasie i pisząc ten post. Zwłaszcza kiedy weekend jest zwieńczeniem mega ciężkiego tygodnia, w tym pierwszej przymiarki sukni ślubnej, która przypadła na... piątek 13-go ;). Ogólnie rzecz biorąc - sukienki, właśnie na nie przy takiej pogodzie jest największy hype. Mam ich kilka na oku. Zwłaszcza w groszki - ten wzór to mój wiosenny faworyt, jednak ewidentnie nie należy on do najłatwiejszych w noszeniu. Dla odmiany warto czasem postawić na spódnice, które świetnie zgrywają się z overknee boots, których, nota bene, przy takiej temperaturze, chyba nie ponoszę zbyt długo. Ten skutek uboczny jestem jednak w stanie zaakceptować z uśmiechem na twarzy, licząc, że obecna aura utrzyma się przez kolejne dwa miesiące. Myślami jestem już w drugim sezonie Domu z papieru i zachwycam się tym serialem nawet bardziej niż aktualną pogodą. Polecam!



look Bik Bok | buty eobuwie | czapka H&M | torebka Mohito

poniedziałek, 19 marca 2018

SIMPLE LOOK | LEVI'S JEANS

Te pogodowe anomalnie są naprawdę niesłychane. Wiosno gdzie jesteś?! Słoneczny i w miarę ciepły Rzeszów sprzed tygodnia, zmienił się niespodziewanie w zaśnieżoną Syberię. Takie warunki zachęcają wyłącznie do koca i do kubka gorącej herbaty. Gorzej, jeśli akurat mamy do załatwienia dwieście spraw niecierpiących zwłoki, a zrozumieją to doskonale wszystkie przyszłe panny młode. Mój dzisiejszy strój przypominał raczej szczelny skafander, ale jeszcze tydzień temu miałam na sobie dopasowany płaszczyk z paskiem z dużą klamrą, (która zdecydowała o jego zakupie), wygodne levisy i botki, które na moich nogach w tym sezonie goszczą wyjątkowo często. Wracając do paska - klamra tych rozmiarów świetnie sprawdza się w noszeniu - dobrze trzyma pasek "na miejscu", co rzadko mi się zdarza w innych modelach, dlatego zwykle wiążę paski w płaszczach, zamiast używać ich zgodnie z przeznaczeniem, a dodatkowo fajnie podkreśla talię. I jest dowodem na to, że moda wraca. Tak samo jak grochy, na które jest teraz ponowny hype. Taki wzór wymaga jednak lepszej pogody, na którą na razie można wyłącznie narzekać. Ten podły czas pomogą przetrwać dwie rzeczy. Karmelowo-mleczne Irysy i spaghetti. Zawsze. 


kurtka mBym | jeansy Levi's | botki Solo Femme | torebka Zara

sobota, 10 marca 2018

WEEDING HEELS | PIERRE BALMAIN

Zakup butów - niby łatwa i przyjemna czynność, setki propozycji, ogólna radość. Wszystko jednak się zmienia, gdy na koniec dodamy tylko jeden, niewinny wyraz: ślubnych. Takie poszukiwania nagle zmieniają się w niekończącą się wędrówkę po sklepach, stresującą tułaczkę online i - po zastosowaniu w swojej głowie wszystkich filtrów (kolor, rozmiar, wysokość obcasa, kształt noska, materiał i milion innych) okazuje się, że na świecie wyprodukowanych zostało zdecydowanie zbyt mało modeli obuwia.



Moje poszukiwania znalazły swój szczęśliwy finał, dlatego brawa dla mnie za szybką decyzję. Wybrałam klasyczny model z kolekcji Pierre Balmain, który przemówił do mnie kolorem, jakością i złotym detalem, których w TYM dniu będzie u mnie trochę więcej. Mam nadzieję, że skóra licowa, wygodne wiązanie i 7 cm obcas pozwolą mi przetrwać jak najdłużej. Samo opakowanie urzekło mnie w 5 sekund, a każdy kolejny krok w kolejne 2 :). 



 | Heels Pierre Balmain |

poniedziałek, 19 lutego 2018

OVERKNEE BOOTS | KOZAKI ZA KOLANO W STYLIZACJI

Sporo zdążyło się wydarzyć od ostatniego wpisu. Doczekaliśmy się słonecznej (chociaż ciągle zamrażającej) zimy, POLSKIEJ EDYCJI VOGUE'A, a dodatkowo okazało się, że muszę wymienić dowód osobisty, bo jest już tak dojrzały. Rozwijając myśl: kocham słońce. O każdej porze roku. A to zimowe cieszy wyjątkowo mocno. W lecie na tyle przyzwyczaja do swojej obecności, że po jakimś czasie przestaje się go doceniać, a słoneczny dzień w zimie, to zupełnie inna kategoria. Zwłaszcza po długich i szarych tygodniach pełnych mroku i smogu. Właśnie, apropo smogu... 

Doczekaliśmy się polskiej edycji Vogue'a, o której sporo się mówi/ło, głównie krytykowało, zwłaszcza jeśli chodzi o okładkę. I faktycznie, sama mam mieszane odczucia. Ogromnie się cieszę, że Vogue dotarł do Polski i z jednej strony nie sposób nie podkreślić doskonałego wyboru modelek na pierwszą okładkę, z drugiej, nie sposób udawać, że nie poraża szary i deszczowy klimat sesji. Mam wrażenie, że z takim duetem można było zrobić coś bardziej inspirującego, co nie zmienia jednak faktu, że o tej okładce mówią wszyscy, co z kolei jest niewątpliwym sukcesem. Sama jestem w trakcie czytania - 360 stron przesiąkniętych modą to super pozytywne zaskoczenie. 

Na koniec odnośnik do tytułu - overknee boots, czyli kozaki za kolano, mój numer jeden na jesienno-zimowy czas, a więc zdecydowaną większość roku. O tych butach można by pisać wiele, albo ograniczyć się do stwierdzenia, że pasują praktycznie do wszystkiego, a jednocześnie odmieniają każdy strój. Najfajniej (i najpraktyczniej) noszą się do sukienek i spódnic, bo eksponując nogi dostarczają im przy okazji ciepła, czego nie zagwarantują zwykłe botki, czy szpilki. Nie dajcie się zwieść tym pięknym promieniom słońca, zima trzyma nadal twardo i temperatury wahają się w okolicy 0, także kozaki w dłoń, a raczej w kolano i maszerujmy w stronę wiosny. :)


czapka, spódnica H&M | kurtka ONLY | torebka Ralph Lauren | kozaki eobuwie.pl 

sobota, 3 lutego 2018

FAUX FUR & PEARL BOOTS | FUTERKO I BOTKI Z PERŁAMI

System grzewczy podczas nowo narodzonej zimy to podstawa. Sztuczne futerko wie to najlepiej i działa. Nie jestem pewna ile razy już zachwalałam ten rodzaj okrycia wierzchniego, ale ta liczba mogła pójść już w setki. A to wciąż za mało. Otulające ciepło naprawdę jest w stanie wynagrodzić nagły nawrót zimy, a już zwłaszcza, gdy podczas jednego dnia w południe mamy przedwiośnie, a wieczorem już Syberię. Co prawda mamy luty, co jasno wskazuje, że tego typu zdarzenia nie powinny może aż tak mocno dziwić, ale cóż poradzić człowiekowi (mi), który oczyma wyobraźni już widział słoneczne wakacje, a wyglądając przez okno widzi lodowe sople? Life happens. Zima się zaczyna, a wyprzedaże kończą, za co pewnie wdzięczny jest w tej chwili nie jeden portfel. Buty ze zdjęć były moim prawdziwym świętym grallem tegorocznych przecen. Tygodniami dosłownie przeszukiwałam każdą możliwą Zarę online, aż udało mi się trafić w końcu na swój rozmiar, no i tak o to goszczą na moich stopach notorycznie. Nie wiem jak Wy, ale ja w tym roku starałam się nie dać się zwariować na wyprzedażach i chyba całkiem nieźle mi to wyszło, bo od ostatnio zachwalanej (a na dzisiejszych zdjęciach wciąż noszonej) jedwabnej apaszki, skórzane botki z perłami są jedynymi rzeczami, obok których nie mogłam przejść obojętnie. A jak tam Wasz wyprzedażowy bilans? 



futerko H&M | top, spodnie, botki Zara | apaszka Ralph Lauren | torebka DKNY

poniedziałek, 22 stycznia 2018

KOSMETYKI THE ORDINARY - MOJE WRAŻENIA

Moje pierwsze spotkanie z marką The Ordinary miało miejsce gdzieś na początku grudnia zeszłego roku i teraz, po ponad miesięcznym stosowaniu już żałuję, że odkryłam ją tak późno. Niezbyt często się zdarza, żeby marka kosmetyczna łączyła w sobie kilka tak istotnych rzeczy jak świetny skład, wysokie stężenie substancji aktywnych, niskie ceny i piękny, minimalistyczny design. Co ciekawe, nie zauważyłam też nachalnej reklamy, a nawet praktycznie żadnej reklamy The Ordinary. Mimo to, baardzo trudno dostać słoiczki pełne cudownych właściwości w polskich sklepach. Jeśli już gdzieś są, to i tak wyprzedane i z długą listą oczekujących na poszczególne produkty. Polityka firmy jest intrygująca, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 


Dlaczego więc produkty The Ordinary są kultowe? W końcu na rynku jest przesyt kosmetyków, dosłownie do wszystkiego, których kampanie reklamowe biją nas po oczach na każdym kroku. Na początku sama zastanawiałam się co to za obsesja i dlaczego tysiące ludzi jest w stanie czekać miesiącami na te niepozorne buteleczki, jeśli mogą mieć inne, przecież te najbardziej znane marki, "na już". Temat zainteresował mnie na tyle, że zaczęłam szukać i czytać na temat marki i samych produktów. I tu kolejne zaskoczenie. Na polskich stronach nie czekał na mnie jakiś ogrom informacji czy recenzji tych kosmetyków. To samo jeśli chodzi o polskie sklepy z asortymentem kosmetycznym. Gdzieś natknęłam się na zdanie, że #SKŁADY produktów The Ordinary są genialne w swej prostocie i chyba nie mogłabym jeszcze bardziej się z tym zgodzić, niż robię to teraz :). Nie od dziś wiadomo, że dobry skład, to krótki skład, bez całej tablicy Mendelejewa wypisanej kolejno w ciasnej rubryczce. I tak właśnie każde serum The Ordinary ma kilka, kilkanaście składników, nie ma za to zapachu, barwników, zagęstników. Dzięki temu ryzyko podrażnień, co dla mnie akurat było istotne, bo od jakiegoś czasu moja cera poszła w stronę wrażliwej, jest minimalne. 


Kluczowym wyróżnikiem zawartości kultowych buteleczek The Ordinary są stężenia. Maksymalnie skuteczne, ale i bezpieczne. Tutaj silnie działające kosmetyki to po prostu norma. Kwas salicylowy w stężeniu 2% czy serum z 20% stężeniem witaminy C, to tylko niektóre przykłady. Przy takich cenach, to naprawdę genialne składy. I właśnie, ceny. To chyba największe zaskoczenie. Średnio, za buteleczkę trzeba zapłacić około 25-45 zł. Oczywiście ceny są różne, w zależności od produktu, ale chyba żaden z nich nie kosztuje więcej niż 80 zł. A to naprawdę fenomen, bo za pełnowymiarowy kosmetyk, nafaszerowany wręcz substancjami aktywnymi, płacimy niekiedy mniej, niż przykładowo za maseczkę koreańską. Robi wrażenie? :)


Jeśli chodzi o działanie na mojej skórze - sprawują się świetnie. Zaczęłam od trzech produktów i już wiem, że na tym nie koniec. Pierwszą buteleczkę kupiłam na stronie Cosibella.pl, przy czym na kilka kolejnych zapisałam się na listę oczekujących, gdzie wciąż (od grudnia!) nie dostałam informacji o dostępności :).

The Ordinary Salicylid Acid 2% Solution, czyli kwas salicylowy w stężeniu 2% ma za zadanie głównie działać przeciwzapalnie i przeciwtrądzikowo. Producent obiecuje też spowolnienie procesów starzenia cery. Skład: Aqua (Water), Hamamelis virginiana leaf water, Cocamidopropyl Dimethylamine, Salicylic Acid, Dimethyl Isosorbide, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Citric Acid, Polysorbate 20, Hydroxyethylcellulose, Triethanolamine, Ethoxydiglycol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol. Dla mnie rewelacja. Doceni go też każda cera problematyczna. 


Buteleczka The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%, czyli serum z witaminą B3 i Cynkiem to ta, na którą czekałam najbardziej. Do tego stopnia chciałam ją mieć "na już", że zdecydowałam się na zakup ze strony producenta, czego początkowo chciałam uniknąć, bo wydawało mi się, że tygodniami będę oczekiwać na przesyłkę, tymczasem kolejne miłe zaskoczenie: przesyłka dotarła do mnie w mniej więcej takim samym czasie, jak ta zamawiana na polskiej stronie. Dlatego polecam, polecam i jeszcze raz polecam: www.theordinary.com Serum nawilża, działa przeciwutleniająco, leczy trądzik, zmniejsza produkcję sebum i widoczność porów, ponadto wygładza i sprzyja gojeniu ran. Idealne do codziennego użytku. Skład: Aqua (Water), Niacinamide, Pentylene Glycol, Zinc PCA, Tamarindus Indica Seed Gum, Xanthan Gum, Isoceteth-20, Ethoxydiglycol, Phenoxyethanol, Chlorphenesin. 
The Ordinary - Lactic Acid 5% + HA, czyli peeling z kwasem mlekowym i kwasem hialuronowym dogłębnie oczyszcza i nawilża skórę, redukuje warstwę rogową, zapobiega gromadzeniu się bakterii, a co za tym idzie wszelkich niedoskonałości. Za sprawą znajdującego się w składzie Tasmańskiego Pieprzu, zmniejsza podrażnienia związane z użyciem kwasu, który w stężeniu 2% nawilża i uelastycznia skórę. Skład: Aqua (Water), Lactic Acid, Glycerin, Pentylene Glycol, Propanediol, Sodium Hyaluronate, Crosspolymer, Tasmannia Lanceolata Fruit/Leaf Extract, Hydroxyethylcellulose, Isoceteth-20, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol. 



Czekam na kolejne testy i Wasze reakcje. Znacie, stosowałyście kosmetyki The Ordinary? Jeśli macie swoje godne polecenia typy, dajcie znać! ;)

wtorek, 9 stycznia 2018

BEIGE COAT

Nowy rok, nowy post. 2018 przywitał nas pięknym wschodem słońca (który udało mi się uchwycić na Instagramie), ale im dalej, tym ciemniej. Marzę, by ta odwieczna dzienna szarówka już się skończyła. Bohaterem dzisiejszego wpisu jest klasyczny zimowy płaszcz z wełną, w kolorze ciepłego beżu. W pełni zasłużył na domenę najbardziej uniwersalnego i pasującego do chyba 90% rzeczy z mojej szafy płaszcza.

Trochę mi to zajęło, ale już od jakiegoś czasu przykuwam uwagę do materiału, z jakiego wykonane są rzeczy, które kupuję. Dawniej raczej się tym nie przejmowałam, absolutnie nie zajmowałam się też sprawdzeniem składu materiału na metce. Od kilku lat to jednak jedna z pierwszych czynności jakie robię po wyhaczeniu interesującego elementu, a już zwłaszcza, jeśli mowa o okryciach wierzchnich, szalach, butach i torebkach. Kto raz zazna komfortu noszenia rzeczy z porządnych tkanin, ten poczuje różnicę i zrozumie :). Płaszcz w neutralnym kolorze to nabytek na lata, jeśli Wam takiego brakuje, aktualnie panujące wyprzedaże to najlepszy moment, by się w taki zaopatrzyć :). 

Apropos tegorocznych wyprzedaży, jak dotąd trzymam się dzielnie i raczej nie popadam w szaleństwo nieprzemyślanych zakupów, stanowczo wygodniej też jest mi przeglądać sklepy online. I tak oto kursor mojej myszki nie mógł przejść obojętnie obok jedwabnej apaszki, która od początku wydawała mi się dobrze dobrana do reszty mojej szafy, co beżowy płaszcz wiernie udowadnia. Miękkość jedwabiu przy jednoczesnej jego delikatności i o dziwo ilości ciepła jakie daje to coś, co zdecydowanie pomaga mi przetrwać ten ponury czas.


Płaszcz z wełną H&M | jedwabna apaszka Ralph Lauren | skórzane botki Solo Femme | torebka Michael Kors | sweter Zara | spodnie z wysokim stanem H&M | #ad marynarka damska